[Następny rozdział | Poprzedni rozdział | Spis treści]
ETAPY DUCHOWEGO ROZWOJU:
IV. CHODZENIE W DUCHU
Przechodząc obecnie do 8-go rozdziału Listu do Rzymian, podsumujemy najpierw myśli zawarte w drugiej części tego Listu, tj. od rozdz. 5, 12 do rozdz. 8,39 w dwóch zdaniach, z których każde zawiera pewną kontrastującą myśl, charakterystyczną dla doświadczeń życia chrześcijańskiego. Są one następujące:
Rzymian 5,12 do 6,23: "W Adamie i "w Chrystusie". Rzymian 7,1 do 8,39: "w ciele" i "w duchu".
Powinniśmy wiedzieć, jaki związek zachodzi pomiędzy tymi czterema rzeczami. Pierwsze dwie są "obiektywnej natury" i wskazują na nasze położenie - jakim ono było najpierw z natury, a potem, jakim ono jest obecnie dzięki wierze w dokonane przez Chrystusa dzieło odkupienia. Dwie drugie rzeczy są "subiektywnej natury", i odnoszą się do naszego postępowania, czyli do praktycznych doświadczeń naszego osobistego życia. Słowo Boże wyraźnie na to wskazuje, że pierwsze dwie rzeczy nie dają nam jeszcze pełnego obrazu, i że dla uzupełnienia obrazu pełnego, normalnego życia chrześcijańskiego potrzebne są i te dwie drugie rzeczy. Może ktoś by sobie pomyślał, że już wystarczy, aby być "w Chrystusie", a oto dowiadujemy się, że musimy również i chodzić "w duchu" (Rzym.8,9). Częste powtarzanie tych słów "w Duchu", w szczególny sposób podkreśla wielkie znaczenie, obecnie rozważanej, dalszej z kolei lekcji życia chrześcijańskiego.
CIAŁO I DUCH
Ciało ma łączność z Adamem; Duch - z Chrystusem. Pozostawiając teraz sprawę czy jesteśmy w Adamie, czy w Chrystusie, jako już załatwioną, musimy sobie jednak zadać takie pytanie: czy żyję w ciele, czy w Duchu?
Żyć w ciele oznacza czynić coś ze siebie - jako w Adamie. Oznacza to, iż otrzymuję siłę ze starego, naturalnego źródła życia, które odziedziczyłem po nim, tak że doświadczam w mym życiu działania całego arsenału środków, które w Adamie skłaniają nas do grzeszenia, o skuteczności których wszyscy się już przekonaliśmy. Ale to samo odnosi się również do pozostawania w Chrystusie. Aby móc jednakowoż cieszyć się w moim osobistym doświadczeniu skutkami tej prawdy, iż jestem w Nim, muszę wpierw dowiedzieć się, co to jest chodzenie w Duchu i nauczyć się tego. To, że zostałem (mój stary człowiek) - ukrzyżowany w Chrystusie, jest faktem historycznym, faktem zaś obecnej chwili jest to, że jestem pobłogosławiony "w Chrystusie wszelkim błogosławieństwem duchowym w niebiosach" (Efez.1,3); jeśli jednak nie żyję w Duchu, moje życie może się stać całkowitym zaprzeczeniem tego faktu, iż jestem w Chrystusie, gdyż to, co jest prawdą o mnie w Nim - nie objawia się w moim życiu. Ja może zdaję sobie sprawę z tego, iż jestem w Chrystusie, ale równocześnie jestem zmuszony przyznać, że faktem jest również objawianie się w wysokim stopniu mojej starej natury.
Na czym więc polega ta trudność? Polega ona na tym, że uświadamiam sobie tę prawdę tylko w sposób obiektywny, podczas gdy to wszystko, co jest prawdą obiektywnie, winno stać się prawdą i subiektywnie; a do tego dochodzi się żyjąc w Duchu.
Nie tylko ja jestem w Chrystusie, ale Chrystus jest i we mnie. A podobnie, jak fizyczną niemożliwością jest to, aby człowiek mógł żyć i pracować w wodzie - a musi on żyć i pracować tylko na powietrzu, tak i w sensie duchowym, Chrystus mieszka i objawia się nie "w ciele", ale "w duchu". Gdy zatem żyję "według ciała", stwierdzam, że to wszystko, co jest moim w Chrystusie, pozostaje we mnie jakby w zawieszeniu. Jakkolwiek więc faktycznie jestem w Chrystusie, to jednak jeśli żyję w ciele, to znaczy używając własnej siły i sam sobą kierując - stwierdzam ku memu smutkowi, że w osobistym doświadczeniu objawia się we mnie wszystko to co jest w Adamie. Abym więc mógł osobiście doświadczać tego wszystkiego, co jest w Chrystusie, muszę się nauczyć żyć w Duchu.
Żyć w Duchu oznacza zaufać Duchowi Świętemu, że wykona we mnie wszystko to, czego nie jestem w stanie zrobić sam. Takie życie jest całkowicie odmienne od życia, które bym prowadził sam w sposób naturalny. Za każdym razem, gdy staje przede mną jakieś nowe zadanie od mojego Pana, podnoszę wzrok ku Niemu i proszę Go, aby zechciał wykonać we mnie to, czego ode mnie wymaga. Nie wchodzi tu więc w rachubę więcej "usiłowanie", ale "ufanie". Już się nie borykam, lecz odpoczywam w Nim. Mam porywczą naturę, nieczyste myśli, prędko mówiący język, albo też krytycznego ducha - ale nie będę czynił mocnego postanowienia, że się zmienię, lecz uważając siebie za umarłego tym sprawom, będę się zwracał o pomoc do Ducha Świętego Bożego, prosząc aby stworzył we mnie potrzebną czystość, czy pokorę, czy też łagodność. To jest właśnie znaczenie tych słów: "Stójcie, a patrzcie na wybawienie Pańskie, które wam dziś uczyni" (2Mojż.14,13).
Niektórzy z was na pewno przeżyli już coś, co przypomina doświadczenie opisane poniżej. Zostałeś zaproszony, aby odwiedzić przyjaciela, a wiesz, że nie jest bynajmniej uprzejmy, ale zaufałeś, że Pan cię przeprowadzi. Powiedziałeś Panu, że w własnej sile jedynie mogłeś zawieść i poprosiłeś Go o to, aby Sam sprawił to, co było potrzebne. A potem, ku swemu zdumieniu stwierdziłeś, że nie byłeś bynajmniej rozdrażniony, gdy twój znajomy zachowywał się grubiańsko. Po powrocie do domu jeszcze raz przeszedłeś w myśli całe to przeżycie i nie mogłeś się nadziwić, że zachowałeś taki spokój; zastanawiałeś się nad tym, czy następnym razem zachowasz się równie spokojnie. Byłeś zdumiony własnym zachowaniem i szukałeś wyjaśnienia tego co się stało. Wyjaśnieniem jest to: Duch Święty cię przeprowadził.
Na nieszczęście tego rodzaju doświadczenia miewamy tylko od czasu do czasu, ale powinniśmy je mieć stale. Gdy Duch Święty bierze sprawę w Swoje ręce, nie ma potrzeby, abyśmy się wysilali. Nie wtedy odnieśliśmy wspaniałe zwycięstwo, gdy zacisnęliśmy zęby - i wydaje nam się, żeśmy pięknie nad sobą zapanowali. Nie! Tam, gdzie zachodzi prawdziwe zwycięstwo, tam w ogóle nie ma potrzeby cielesnych wysiłków. Sam Pan przeprowadza nas w cudowny, pełen chwały sposób.
Pokusa zmierza zawsze w tym kierunku, abyśmy sami coś robili. W czasie wojny pewien oddział partyzancki zastosował następującą metodę w zwalczaniu nieprzyjacielskich czołgów. Gdy pojawił się czołg, wówczas oddawano w jego kierunku tylko jeden strzał karabinowy, po czym na dłuższą chwilę zapanowała cisza; a potem inny z ukrytych partyzantów znowu oddał jeden strzał - i znowu cisza, a po jakimś czasie znowu jeden strzał; aż wreszcie kierowca czołgu, pragnąc ustalić skąd pochodzi to zakłócenie, wychylał głowę, aby się rozglądnąć. Wówczas następny strzał, starannie wycelowany, kładł go trupem.
Jak długo pozostawał wewnątrz, pod osłoną, był całkowicie bezpieczny. Cała ta taktyka miała na celu wywabienie go na zewnątrz. Podobnie i taktyka szatana w kuszeniu nas nie ma na celu nakłonić nas do popełnienia od razu czegoś bardzo grzesznego, a tylko to, abyśmy działali we własnej sile; a skoro tylko wyjdziemy z naszej ochrony, aby zrobić coś na tej właśnie podstawie to już odniósł nad nami zwycięstwo. Jeśli jednak jesteśmy nieporuszeni i pozostajemy w Chrystusie, jako w naszej twierdzy, a nie wychodzimy na zewnątrz - do ciała - to nie może on nam zaszkodzić.
Boża droga zwycięstwa polega więc na tym, że nie pozwalamy sobie na zrobienie niczego - w sensie robienia czegoś poza Chrystusem. Jest tak dlatego, ponieważ gdy tylko sami uczynimy jakieś posunięcie, narażamy się na niebezpieczeństwo: nasze naturalne skłonności porywają nas w niewłaściwym kierunku. Gdzie zatem mamy szukać pomocy? Otwórzmy Gal.5,17: "Ciało pożąda przeciwko Duchowi, a duch przeciwko ciału". Innymi słowy, ciało nie walczy przeciwko nam, ale przeciwko Duchowi Świętemu, ponieważ "te są sobie przeciwne"; i znowu nie my, ale Sam Pan idzie w bój i potyka się z ciałem. A jaki jest tego rezultat? "Abyście nie to, co chcecie, czynili."
Wydaje mi się, że zakończenie tego wiersza często źle bywa rozumiane. Zastanówmy się nad tym, jaka tu jest myśl. Co byśmy w naturalny sposób "chcieli uczynić?" podjęlibyśmy takie czynności, które by nam podyktowały nasze instynkty, a niezależnie od woli Bożej. Gdy zatem nie zgodzimy się na działanie we własnej sile, to rezultatem tego jest, że Duch Święty ma możność zewrzeć się i zwyciężyć w nas "ciało" tak, iż nie zrobimy więcej tego, co byśmy byli zrobili, kierując się naszymi naturalnymi skłonnościami; nie udamy się na manowce realizowania naszych własnych planów, ale znajdziemy pełnię zadowolenia w Jego doskonałym planie. Stąd dana nam jest ta zasada: "Duchem postępujcie, a pożądliwości ciała nie wykonacie" (Gal.5,16). Jeśli żyjemy w Duchu, jeśli chodzimy wiarą w zmartwychwstałego Chrystusa, wówczas mażemy prawdziwie "stanąć, a patrzyć" jak Duch odnosi coraz to nowe zwycięstwa nad ciałem każdego dnia. On został nam darowany w tym celu, aby przejąć kierownictwo nad naszymi poczynaniami. Nasze zwycięstwo polega na ukryciu się w Chrystusie oraz na ufnym poleganiu na Duchu Świętym, iż On przezwycięży nasze cielesne pożądliwości w nas - Swoimi nowymi pragnieniami. Krzyż został nam darowany, aby sprawić zbawienie dla nas; Duch został nam darowany, aby zbawić nas od zgubnych poczynań naszego "ja". Chrystus zmartwychwstały i uwielbiony jest podstawą naszego zbawienia; mocą zaś tego zbawienia jest Chrystus mieszkający w naszych sercach przez Ducha Świętego.
CHRYSTUS W NASZYM ŻYCIU
"Dziękuję Bogu przez Jezusa Chrystusa!" - ten okrzyk Pawła w zasadzie odpowiada jego innej wypowiedzi, którą znajdujemy w Liście do Galatów 2,20, którą też użyliśmy jako motta naszych rozważań: "żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus." Zwróciliśmy już na to uwagę, jak eksponowane było w Rzym.7 słowo "ja", czego punktem kulminacyjnym był ten pełen bólu okrzyk: "Nędznyż ja człowiek!" Potem następuje okrzyk wyzwolenia: "Dziękuję Bogu przez Jezusa Chrystusa!" Z tego jasno wynika, że Paweł zrobił odkrycie, że życie, którym żyjemy, jest wyłącznie życiem Chrystusa. Często myślimy o życiu chrześcijanina, jako o "zmienionym" życiu, ale ono tym nie jest. Bóg ofiaruje nam "inne życie", "zastępcze życie" - to Chrystus staje się Zastępcą wewnątrz nas. "Żyję już nie ja, lecz żyje we mnie Chrystus." Nie naszym jest zadaniem, aby to życie w sobie wykrzesać. Jest to życie samego Chrystusa, które zostaje reprodukowane w nas.
Ilu jest takich chrześcijan, którzy wierzą w "reprodukcję" pojętą w ten sposób - jako coś więcej jeszcze, aniżeli odrodzenie? Odrodzenie oznacza, że życie Chrystusa zostaje zaszczepione w nas przez Ducha Świętego przy naszym powtórnym, nowym urodzeniu. "Reprodukcja" sięga dalej: oznacza ona, że to nowe życie rośnie i stopniowo staje się coraz bardziej widoczne w nas, aż wreszcie podobieństwo Chrystusa w naszym życiu staje się tak wyraźne, że stajemy się niejako "reprodukcją", Jego wiernym odbiciem, Jego wiernym obrazem. To miał na myśli Paweł, gdy pisał do Galatów o ponownym rodzeniu ich z boleścią; "dopóki Chrystus nie będzie wykształtowany w was!" (Gal.4,19).
Pozwólcie, że dla wyjaśnienia tej myśli przytoczę jeszcze jeden przykład. Otóż przyjechałem do pewnego miasta i znalazłem się w domu jednych braterstwa, którzy poprosili mnie, abym się za nich modlił. Zapytałem więc, co im dolega. "Ach, proszę Brata, kiepsko jest z nami ostatnio pod względem duchowym" wyznali. "Daliśmy się tak łatwo wyprowadzić z równowagi przez nasze dzieci i w czasie ubiegłych kilku tygodni, oboje wybuchnęliśmy gniewem po kilka razy dziennie. Przynosimy wstyd naszemu Panu. Czy zechciałby Brat poprosić Pana, aby nam użyczył cierpliwości?" "Tej jednej rzeczy uczynić nie mogę", odparłem. "Co Brat ma na myśli?" zapytali. "Mam na myśli to, że jest pewne", rzekłem, "iż Bóg nie wysłucha waszej modlitwy." A wtedy z wielkim zdumieniem zapytali: "Czy Brat uważa, że myśmy się już tak daleko posunęli, że Bóg nie będzie skłonny do wysłuchania nas, gdy Go prosić będziemy o więcej cierpliwości?" "Nie, nie to mam na myśli w tej chwili, ale chciałbym was zapytać, czy już się modliliście o tę łaskę? Modliliście się. Czy Bóg was wysłuchał? Nie! A wiecie dlaczego? Ponieważ wam cierpliwości nie potrzeba." Wówczas w oczach tej siostry pojawiło się oburzenie i rzekła: "Co też Brat mówi, nam nie potrzeba cierpliwości? A tymczasem jesteśmy podenerwowani przez cały dzień! Co też Brat sobie właściwie myśli?" "Wam nie cierpliwości potrzeba," odpowiedziałem, "lecz Chrystusa."
Bóg mi nie da pokory, cierpliwości, świętości, albo miłości jako oddzielnych darów Swej łaski. Nie jest On kupcem odmierzającym porcje cierpliwości niecierpliwym, miłości tym, którym jej brak, pokory pysznym - w takich ilościach, abyśmy mogli nimi operować jako pewnego rodzaju kapitałem. On dał nam tylko jeden dar dla zaspokojenia wszystkich naszych potrzeb - Swego Syna Jezusa Chrystusa, a w miarę jak patrzę ku Niemu, On będzie pokornym, cierpliwym, pełnym miłości... i wszystkim innym, według mej potrzeby - zamiast mnie. Przypomnijcie sobie słowa zapisane w pierwszym Liście Jana: "I to jest świadectwo, że nam Bóg dał żywot wieczny; a ten żywot jest w Synu Jego. Kto ma Syna, ma żywot; kto nie ma Syna Bożego, nie ma żywota" (1Jn.5,11.12). Życie Boże nie jest nam dane jako coś odrębnego życie Boże dane nam jest w Synu. Jest to "żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym" (Rzym. 6, 23). Dlatego nasze ustosunkowanie się do Syna decyduje o naszym ustosunkowaniu się do życia.
Jest rzeczą bardzo błogosławioną, gdy uświadomimy sobie różnicę, jaka zachodzi między chrześcijańskimi cnotami, a Chrystusem: jeśli wiemy czym się różni pokora od Chrystusa, cierpliwość od Chrystusa, miłość od Chrystusa. Przypomnijmy sobie raz jeszcze, co jest napisane w 1Kor.1,30: "Jesteście w Chrystusie Jezusie, który się nam stał mądrością od Boga i sprawiedliwością, i poświęceniem, i odkupieniem." Ogólnie uważa się, że świątobliwość polega na tym, aby każdy szczegół życia był święty; to jednakowoż nie jest świątobliwością, a tylko owocem świątobliwości. Świątobliwością jest Chrystus. Jest nią Pan Jezus, który staje się nią w nas. Podobnie przedstawia się sprawa z jakąkolwiek inną cnotą: miłością, pokorą, mocą, panowaniem nad sobą itd. Dzisiaj na przykład zachodzi potrzeba cierpliwości: On jest naszą cierpliwością! Jutro zajść może potrzeba czystości: On jest naszą czystością! On jest ratunkiem w każdej potrzebie. Dlatego właśnie Paweł mówi o "owocu ducha" w liczbie pojedynczej (Gal.5,22), a nie o "owocach" jako o oddzielnych rzeczach. Bóg dał nam Swego Ducha Świętego, a gdy zachodzi potrzeba miłości, owocem Ducha jest miłość; gdy potrzeba radości, owocem Ducha jest radość. To zawsze jest prawdą. Nie ma znaczenia, czy tutaj chodzi o coś, czego tobie osobiście brakuje, czy też o sto i jedną innych rzeczy - Bóg ma jedną i całkowicie wystarczającą odpowiedź: Swego Syna Jezusa Chrystusa. W Nim znajdujemy zaspokojenie wszystkich ludzkich potrzeb.
W jaki sposób możemy w większej mierze doświadczyć mocy Chrystusa w naszym życiu? Tylko w miarę, jak będziemy sobie coraz bardziej zdawali sprawę z naszych potrzeb. Niektórzy wprost boją się odkrycia jakiegoś braku w swoim życiu, i dlatego nie rosną. Pojęcie wzrostu możliwe jest tylko w sensie wzrostu w łasce, a jak już powiedzieliśmy, łaska polega na tym, że Bóg czyni coś dla nas, albo za nas. Wszyscy mamy tego samego Chrystusa mieszkającego w nas, ale odkrycie jakiejś nowej potrzeby sprawi, iż spontanicznie Mu zaufamy, że Swoim życiem w nas urzeczywistni nasze pragnienia. Im więcej otwieramy nasze serce, im więcej miejsca robimy w nim, tym większą się cieszymy Bożą obfitością. W miarę jak rezygnujemy z jakiejś dalszej rzeczy, nie podobającej się Bogu, a zaufamy odnośnie do czegoś nowego Chrystusowi, zdobywamy nowe tereny. "Chrystus moim życiem" - jest tajemnicą wzrostu.
Mówiliśmy już o usiłowaniu i o ufaniu oraz o różnicy, jaka zachodzi między tymi dwoma pojęciami. Wierzcie mi, że na tym polega różnica między niebem i piekłem. O tym nie należy tylko mówić, jako o jakiejś pożytecznej myśli; jest to rzeczywistość, objawiająca się w życiu z wielką mocą. "Panie! Ja nie mogę tego wykonać, wobec tego już więcej nie będę usiłował tego robić." Oto, gdzie większość zawodzi. "Panie! Ja nie potrafię; więc zaniecham; od tej chwili zaufam, że Ty wykonasz tę rzecz." Postanawiam nie robić danej rzeczy; polegam na Nim, iż On będzie działał, a potem radośnie wchodzę w to, co On rozpoczął czynić. Nie jest to bynajmniej bierność; jest to życie pełne aktywności, gdy się Panu ufa w ten sposób; gdy się w Nim znajduje źródło naszego życia, dając Mu możność, aby Swoim życiem żył w nas.
ZAKON DUCHA ŻYCIA
"Przeto teraz żadnego potępienia nie ma dla tych, którzy w Chrystusie Jezusie nie według ciała chodzą, ale według ducha. Albowiem zakon ducha życia w Chrystusie Jezusie uwolnił mnie od zakonu grzechu i śmierci" (Rzym.8,1.2).
W 8-mym rozdziale Paweł przedstawia nam dopiero w szczegółach pozytywną stronę życia w Duchu. Rozpoczyna od słów: "przeto teraz żadnego potępienia nie ma", choć to stwierdzenie może się wydawać nie na miejscu tutaj. Przecież potępienie zostało oddalone od nas przez Krew, dzięki której znaleźliśmy pokój z Bogiem i wybawienie od gniewu (Rzym.5,1.9). Ale istnieją dwa rodzaje potępienia, a mianowicie potępienie ze strony Boga, i potępienie ze strony samego siebie (podobnie jak poprzednio stwierdziliśmy, że istnieją dwa rodzaje pokoju), a potępienie ze strony samego siebie może się niekiedy wydawać jeszcze straszniejsze od potępienia ze strony Boga. Z chwilą, gdy uwierzyłem, że Krew Chrystusa uczyniła zadość Bogu, wiem, że grzechy moje zostały mi przebaczone, i że nie ma już więcej dla mnie potępienia ze strony Boga. Pomimo to jednak wciąż jeszcze mogę miewać porażki, a w związku z tym może zaistnieć poczucie wewnętrznego potępienia, które może być bardzo bolesne, jak tego dowodzi Rzymian 7. Gdy jednakowoż nauczyłem się żyć Chrystusem, gdy On stał się moim życiem, wówczas znana mi już jest tajemnica zwycięstwa, i wówczas, Chwała Bogu! "teraz żadnego potępienia nie ma". "Zamysł ducha to życie i pokój" (Rzym. 8,6), i to właśnie staje się moim doświadczeniem, w miarę gdy uczę się chodzić w Duchu. Mając pokój w sercu, nie mam czasu czuć się potępionym, a pragnę tylko wielbić mego Pana, który mnie prowadzi od zwycięstwa do zwycięstwa.
Ale co właściwie powoduje to poczucie potępienia? Czyż nie ma ono związku z doświadczaniem ustawicznych porażek i świadomością, że się jest całkowicie bezradnym wobec nich? Zanim zrozumiałem, że Chrystus jest moim życiem, żyłem pod znakiem ustawicznego skrępowania; świadomość ograniczonych moich możliwości była mi jak gdyby kłodą u nogi; czułem się niezdolny do niczego na każdym kroku. Stale wołałem: "Nie mogę zrobić tego! Nie mogę zrobić tamtego!" I chociaż nie wiem jak próbowałem "Bogu się podobać nie mogłem" (Rzym. 8, 8). Ale w Chrystusie nie ma żadnego "ja nie mogę". Teraz oświadczam, że "wszystko mogę w Tym, który mnie wzmacnia" (Filip. 4,13).
Ale jakżeż Paweł może być aż tak odważnym? Na jakiej podstawie może twierdzić, że już jest wolnym od wszystkich ograniczeń i że "wszystko może"? Oto odpowiedź na to pytanie: "Albowiem zakon ducha życia w Chrystusie Jezusie uwolnił mię od zakonu grzechu i śmierci" (Rzym. 8, 2). Dlaczego więc nie ma więcej potępienia? "Albowiem..." - rzecz ta posiada konkretną przyczynę. Przyczyną jest to, co tutaj jest nazwane "zakonem ducha życia", który okazał się mocniejszy od tego drugiego zakonu, zwanego "zakonem grzechu i śmierci". Czym są te dwa zakony? Jak one działają? Na czym polega różnica pomiędzy grzechem i zakonem grzechu, i pomiędzy śmiercią i zakonem śmierci?
Najpierw zadajmy sobie pytanie, co to jest zakon, czyli prawo? Otóż ściśle mówiąc jest to uogólnienie sprawdzone tak wszechstronnie, że stwierdzono, iż nie ma w danej rzeczy wyjątku. Możemy to określić w bardziej prosty sposób jako coś, co wciąż na nowo się powtarza, a za każdym razem, gdy dana rzecz się dzieje, dzieje się w ten sam sposób. Możemy przytoczyć na to przykłady, zarówno z prawa ustawowego jak i naturalnego. Jeśli na przykład będę jechał prawą stroną w Anglii, to zostanę zatrzymany przez policję drogową. Dlaczego? Ponieważ jest to sprzeczne z prawem tego kraju. Jeśli ty będziesz jechał w ten sposób, to również zostaniesz zatrzymany. Dlaczego? Dla tej samej przyczyny, dla której i ja zostałem zatrzymany: jest to sprzeczne z prawem, a prawo nie zna wyjątków. Jest to coś, co zdarza się wciąż na nowo i niezawodnie. Albo też wszyscy wiemy, co to jest prawo grawitacji. Jeśli upuszczę moją chusteczkę w Londynie, spadnie ona na ziemię. Jest to wynikiem prawa grawitacji. To samo stanie się również, jeśli upuszczę ją w Nowym Jorku, czy w Hongkongu. Obojętnie w jakim bym miejscu jej nie upuścił, prawo ciężkości będzie miało zawsze takie samo działanie. Gdy tylko zachodzą te same warunki, można widzieć i te same skutki. Istnieje zatem "prawo" ciężkości.
Cóż więc powiemy o prawie, o zakonie grzechu i śmierci? Gdy ktoś o mnie powie coś złego, to natychmiast we mnie się coś buntuje. To nie jest prawo: to jest grzech. Ale jeśli wtedy, gdy różni ludzie rąbią na mój temat niegrzeczne uwagi, takie samo "coś" się we mnie dzieje, wówczas odkrywam istnienie we mnie prawa - prawa grzechu, zakonu grzechu. Podobnie jak prawo ciężkości, jest to czymś stałym. Zawsze działa w ten sam sposób: podobnie ma się sprawa z zakonem śmierci. O śmierci powiedzieliśmy, że jest to słabość doprowadzona do ostateczności. Słabość to - "ja nie mogę". Otóż gdy usiłując podobać się Bogu w jakiejś rzeczy stwierdzam, że nie mogę tego dokonać, a gdy próbuję podobać Mu się w jakiejś innej i znowu stwierdzam, że nie mogę, to wreszcie stwierdzam, że czynne jest tutaj jakieś prawo. Nie tylko jest we mnie grzech, ale i zakon grzechu; nie tylko jest śmierć, ale i zakon śmierci.
Należy jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz. Prawo ciężkości jest nie tylko prawem w tym sensie, że działa stale, nie dopuszczając żadnego wyjątku, ale w odróżnieniu od prawa np. drogowego, jest ono prawem "naturalnym" i nie podlega dyskusji, a można je tylko odkryć. Prawo istnieje - i chusteczka w sposób "naturalny" sama opadnie na ziemię, bez żadnej pomocy z mojej 5trony. Identycznie jest z tym "Zakonem", z tym prawem, które odkrył mąż w Rzymian 7,23. Jest to prawo grzechu i śmierci, przeciwne temu, co jest dobre i obezwładniające wolę człowieka pragnącego czynić dobrze. Grzeszy on w sposób "naturalny" stosownie do "zakonu grzechu", który czynny jest w jego członkach. On pragnie być inny, ale to prawo istniejące i w nim działa nieubłaganie i żadne wysiłki ze strony woli człowieka nie mogą mu się sprzeciwić. To więc przyprowadza mnie do postawienia pytania, w jaki sposób od prawa grzechu i śmierci mogę zostać uwolniony? Potrzebuję bowiem wyzwolenia ad grzechu, więcej jeszcze od śmierci, ale najbardziej potrzebuję wyzwolenia od zakonu grzechu i śmierci. W jaki sposób mogę zostać uwolniony od stałych nawrotów słabości i upadania? Aby móc odpowiedzieć na te pytania, przyglądnijmy się naszym dwom przykładom z innego punktu widzenia.
W Czechosłowacji, szereg lat wstecz, również jeździło się lewą stroną. Wówczas, gdyby ktoś jechał prawą stroną, zostałby zatrzymany - tak jak o tym była mowa poprzednio. Ale obecnie ten sam automobilista jadąc prawą stroną jezdni w Czechosłowacji, nie zostaje więcej zatrzymany. Dlaczego? Ponieważ weszło w życie nowe prawo, i odtąd automobilista nie jest więcej winien łamania przepisów, a wręcz przeciwnie, nowe prawo bierze go w obronę, jeśli jedzie prawą stroną drogi.
Podobnie jak z prawem państwowym, ma się sprawa i z prawem naturalnym. W jaki sposób może zostać unieważnione prawo ciężkości? W odniesieniu do mojej chusteczki działanie jego jest oczywiste - ciągnie ono ją w dół. Wystarczy jednakowoż, abym podłożył moją rękę pod tę chusteczkę, a natychmiast przestanie opadać w dół. Dlaczego? Przecież prawo ciężkości jest czynne nadal? Nie robię niczego odnośnie do prawa ciężkości; jeśli chodzi o ścisłość - nie jestem w stanie niczego takiego zrobić. Dlaczego więc moja chusteczka nie opada dalej ku ziemi? Ponieważ jest siła, która uniemożliwia jej dalsze opadanie. Prawo istnieje nadal, ale inne prawo, silniejsze od niego, działa - a jest nim prawo życia. Prawo ciężkości może zrobić wszystko, co jest w jego mocy, ale chusteczka nie będzie opadać, ponieważ działa inne prawo, które przeciwdziała prawu ciężkości, aby ją utrzymać na tym samym poziomie. Wszyscy zapewne widzieliśmy takie drzewo, będące ongiś małym nasionkiem, które wpadło między płyty trotuaru, a rosnąc posiadało taką ogromną siłę żywotną, że ciężkie płyty kamienne zostały przez nie podniesione. To właśnie mamy na myśli, gdy mówimy o triumfie jednego prawa nad drugim.
W identyczny sposób Bóg uwalnia nas od jednego prawa poprzez wprowadzenie w życie innego. Zakon grzechu i śmierci istnieje nadal, ale Bóg wprowadził działanie nowego prawa zakonu ducha życia w Chrystusie Jezusie; a to prawo ma dostateczną siłę, aby nas wyzwolić od prawa, czyli zakonu grzechu i śmierci. Widzicie, jest to prawo życia w Chrystusie Jezusie tego zmartwychwstałego życia, które wstąpiło do boju ze śmiercią pod wszelkimi postaciami i odniosło nad nią triumf (Efez. 1, 19. 20). Pan Jezus mieszka w sercach naszych w Osobie Swego Ducha Świętego, a jeśli damy Mu swobodę działania i oddamy się ufnie w Jego ręce, to stwierdzimy, że On nas zachowa od starego prawa, starego zakonu. Zrozumiemy wówczas, co to znaczy być "mocą Bożą strzeżonym" (Piotr. 1, 5).
JAK OBJAWIA SIĘ ZAKON ŻYCIA
Chciejmy teraz zastanowić się nad tym zagadnieniem ze strony praktycznej. Już wcześniej była mowa o naszej woli, w odniesieniu do spraw Bożych. Nawet starsi wierzący nie zdają sobie niekiedy sprawy z tego, jak wielką rolę odgrywa w ich życiu siła woli. To było również częściowo powodem trudności Pawła w Rzymian 7. On miał dobrą wolę, ale wszystkie jego czyny jej zaprzeczały, i chociaż robił jak najbardziej stanowcze postanowienia i całą mocą chciał się Bogu podobać, wpadał tylko do coraz większej ciemności. "Ja chcę dobre", alem "ja cielesny, zaprzedany grzechowi". O to tutaj chodzi. To tak jak z tym samochodem, w którym zabrakło benzyny i który trzeba pchać: natychmiast staje, gdy tylko się go przestanie pchać! Wielu chrześcijan usiłuje jechać samemu, używając jako paliwa swojej silnej woli, a potem nasuwa im się myśl, że życie chrześcijańskie jest ogromnie wyczerpujące i gorzkie. Niektórzy nawet zmuszają się do wołania "Alleluja!" ponieważ inni tak robią, podczas gdy muszą przyznać, że dla nich nie ma to osobiście żadnego znaczenia. Zmuszają się, aby być czymś, czym istotnie nie są, a to jest trudniejsze jeszcze od spowodowania, aby woda popłynęła pod górę!... Gdyż koniec końcem najwyższym punktem, który osiągnąć może wola, to być chętnym (Mat. 26, 41).
Jeśli więc prowadzenie chrześcijańskiego życia wymaga tak wielkiego wysiłku z naszej strony, to jest to dowodem, że nie jesteśmy na właściwej drodze. Nie musimy się przecież przymuszać do mówienia naszym ojczystym językiem. Dopiero w wypadku, gdy mamy czynić coś w sposób nienaturalny, zachodzi konieczność użycia siły woli. Możemy czynić to przez jakiś czas, ale w końcu zakon grzechu i śmierci zwycięży. Może będziemy w stanie powiedzieć: "Chęć leży we mnie i wykonuję to, co dobre przez dwa tygodnie", ale nareszcie będziesz musiał wyznać: "Ale wykonania tego, co dobre, nie znajduję". Nie, ja nie pragnę więcej zostać czymś, czym już jestem. Jeśli dopiero "chciałbym" - to jest dowód, że jeszcze nim nie jestem.
Zapytacie, dlaczego ludzie używają więc siły woli, aby podobać się Bogu? Mogą mieć dwa powody. Mogą oczywiście w ogóle nie znać przeżycia powtórnego urodzenia, a w takim wypadku nie mają żadnego nowego życia, z którego by mogli czerpać; albo też mogą być jednostkami urodzonymi na nowo, i życie nowe znajduje się w nich, ale nie nauczyli się jeszcze ufać temu nowemu życiu. Powodem więc ustawicznego upadania i grzeszenia jest brak zrozumienia, który sprawia, że dochodzą do takiego stanu, w którym omal przestają wierzyć w to, aby zwycięskie życie było dla nich możliwe.
Ponieważ jednak nie uwierzyliśmy w całej pełni; nie oznacza to, że to słabiutkie życie, które tymczasem nam przypada w udziale, jest wszystkim, co Bóg dla nas przygotował. Rzym. 6, 23 stwierdza, że "darem łaski Bożej jest żywot wieczny w Chrystusie Jezusie, Panu naszym", a teraz w Rzymian 8, 2 czytamy, że "zakon ducha życia" przyszedł nam z pomocą. Tak więc Rzymian 8, 2 nie mówi o jakimś nowym darze, ale o tym życiu, a którym już była mowa w Rzymian 6,23. Innymi słowy, jest to nowe objawienie tego, co już posiadamy. Czuję, że muszę podkreślać to z całym naciskiem wciąż na nowo. Nie jest to coś, co otrzymać mielibyśmy jako całkiem nową łaskę z rąk Bożych, ale jest to uchylenie zasłony, która nam przysłaniała coś, co Bóg już nam dał. Jest to nowe odkrycie dzieła, które zostało już dokonane w Chrystusie, ponieważ słowa "uwolnił mnie" są napisane w czasie przeszłym. Jeśli naprawdę to widzę i wiarą uchwycę się Pana, to nie ma konieczności, aby w moim życiu miały miejsce przeżycia Rzymian 9 - ani w sensie mego zachowania się, czy doświadczeń, a z całą pewnością nie będzie miała miejsca konieczność demonstrowania tak ogromnego wysiłku woli.
Gdy zrezygnujemy z używania naszej własnej woli, to nie upadniemy na ziemię i nie rozbijemy się, ale dostaniemy się w sferę działania innego prawa - "Ducha życia". Bóg bowiem nie tylko nam dał życie, ale prawo, zakon życia. I podobnie jak prawo ciężkości jest prawem "naturalnym", nie podlegającym ludzkiemu zatwierdzaniu, tak i prawo Ducha życia jest "naturalnym" prawem, podobnym do prawa, które podtrzymuje bicie serca w naszym organizmie, czy też kontroluje ruchy naszych powiek. Nie potrzebujemy myśleć o naszych oczach, ani postanawiać; że będziemy mrugać powiekami tyle a tyle razy, w celu utrzymania oczu w czystości; a jeszcze mniej możemy użyć siły naszej woli w odniesieniu da pracy naszego serca. Wszelkie tego rodzaju poczynania mogłyby mu tylko zaszkodzić. Nie - tak długo, jak długo żyjemy, działa ono spontanicznie. Nasza wola tylko przeszkadza, mieszając się do prawa życia. Fakt ten stwierdziłem pewnego razu w następujący sposób.
Miewałem noce, w czasie których cierpiałem na bezsenność. Pewnego razu, po kilku bezsennych nocach, gdy już Pana wiele razy prosiłem o sen, a nie zostałem wysłuchany i wyczerpałem wszystkie moje możliwości, wyznałem wreszcie Bogu, że wina wnusi leżeć po mojej stronie i poprosiłem, aby mi wskazał, gdzie jej szukać. Powiedziałem Bogu: "Żądam wyjaśnienia". Odpowiedź była taka: "Wierz w prawa natury". Sen jest równie naturalnym prawem jak głód, i nareszcie uświadamiałem sobie, że jak nigdy o to się nie martwiłem, czy będę głodny, czy też nie, to martwiłem się o sen. Starałem się dopomóc naturze, i to jest przyczyną bezsenności u większości tych, którzy na nią cierpią. Odtąd zaufałem jednak nie tylko Bogu, ale i prawem Bożej natury - i spałem dobrze.
Czy mielibyśmy nie czytać Biblii? Oczywiście, że powinniśmy, inaczej bowiem nasze życie duchowe ucierpi. To nie znaczy jednak, abyśmy się mieli zmuszać do czytania. Istnieje w nas nowe prawo, które sprawia w nas głód Słowa Bożego. Wówczas pół godziny może nam dać więcej, aniżeli pięć godzin czytania z przymusu. To samo odnosi się do ofiarności, do głoszenia Słowa, do składania świadectw. Kazanie z przymusu daje przeważnie w rezultacie opowiadanie gorącej Ewangelii zimnym sercem, a wszyscy wiemy, co ludzie mają na myśli, jeśli mówią o "zimnej miłości". Jeśli całym sercem oddamy się życiu w sferze działania nowego prawa, będziemy mniej świadomi mocy starego prawa. Ono nadal istnieje, ale nie panuje więcej i nie znajdujemy się więcej w jego szponach. Dlatego też nasz Pan powiada w Mateusza 6: "Spójrzcie, na ptaki... Przypatrzcie się liliom". Gdybyśmy zapytali ptaków, czy nie boją się prawa ciężkości, co one by nam odpowiedziały? Powiedziałyby nam: "Nigdy nie słyszałyśmy o jakimś Newtonie. Nie mamy pojęcia, że takie prawo istnieje. Latamy, ponieważ jest to prawem naszego życia, aby latać". Nie tylko jest w nich życie wraz z potencjałem latania, ale życie to przebiega według prawa, które umożliwia tym żywym stworzeniom w sposób zupełnie spontaniczny ustawicznie przezwyciężać prawo ciężkości. A jednak prawo ciężkości pozostaje. Gdy wyjdziesz w jakiś mroźny zimowy ranek na podwórze i zobaczysz tam na śniegu leżącego martwego wróbla, natychmiast ci się przypomni istnienie tego prawa z całą siłą. Jak długo jednak ptaki żyją, tak długo je przezwyciężają, a czynnikiem dominującym ich świadomość, jest znajdujące się w nich życie.
Bóg był prawdziwie łaskawy dla nas. On nam dał to nowe prawo życia w Duchu, a tak dla nas sprawa "latania" nie jest więcej kwestią naszej woli, lecz Jego życia. Czy zwróciłeś uwagę na to, jak trudno jest nakłonić niecierpliwego chrześcijanina do cierpliwości? Już samo zażądanie, cierpliwości od niego wystarczy, aby niemal zachorował z przygnębienia. Ale Bóg nigdy nie kazał nam zmuszać się, aby być czymś, czym faktycznie nie jesteśmy; abyśmy "troskliwie myśląc przydali coś do swego duchowego wzrostu". Troska może już kiedyś przyczyniła się do tego, że ktoś się skurczył, ale z pewnością jeszcze nigdy dzięki niej nikt nie urósł. "Nie troszczcie się", oto Jego słowa. "Przypatrzcie się liliom... jak rosną." Pan zwraca nam uwagę na nowe prawo życia w nas. Obyśmy mogli na nowo ujrzeć, jakie życie jest naszą własnością!
Jakże bezcennym jest to odkrycie! Może ono nas uczynić całkowicie nowymi ludźmi, ponieważ życie to objawia się zarówno w najmniejszych, jak i wielkich rzeczach. Zatrzymuje ono nas, na przykład, gdy już wyciągamy rękę, aby obejrzeć książkę, będącą własnością kogoś innego, przypominając nam, że nie zapytawszy o pozwolenie, nie mamy prawa tego zrobić. Duch Święty nam mówi, że nie wolno nam w ten sposób naruszać praw innych.
Pewnego razu rozmawiałem z jednym przyjacielem, i w czasie rozmowy rzekł do mnie tak: "Czy Brat wie, że ja wierzę w to, że każdy, kto by się chętnie zgodził na prowadzenie życia w Duchu, stałby się prawdziwie dystyngowaną osobą?"
"Co Brat ma na myśli" zapytałem. On zaś rzekł: "To prawo, ten zakon Ducha ma moc uczynić z człowieka prawdziwego "gentlemana". Niektórzy mówią ze złością: "Nie możesz mieć tym ludziom za złe, że się w ten sposób zachowują; są to prości wieśniacy, którzy' nie mieli sposobności skorzystać z dobrodziejstw wykształcenia."
W rzeczywistości chodzi jednak o to, czy oni mają w sobie życie Chrystusowe. Zapewniam bowiem Brata, że to życie może im powiedzieć: "Twój głos jest za głośny", "ten śmiech jest nie na miejscu", albo "pobudka do wypowiedzenia twojej uwagi była zła." W tysiącach szczegółów Duch życia może powiedzieć im jak się zachować i w ten sposób wykształcić w nich prawdziwą delikatność. Takiej mocy nie posiada nawet wykształcenie." Przy czym ten mój przyjaciel sam był nauczycielem z zawodu!
Ale to jest prawdą. Weź na przykład gadulstwo. Czy może jesteś osobą mówiącą za wiele? Gdy jesteś gościem u ludzi, czy musisz sobie mówić tak: "Co ja zrobię? Jestem chrześcijaninem ale jeślibym miał prawdziwie uwielbić Imię Pana, to po prostu nie śmiem tyle mówić. Dziś będę się musiał mieć szczególnie na baczności. Może udaje ci się to przez godzinę lub dwie, ale później - dzięki byle jakiemu pretekstowi tracisz nad sobą kontrolę i ani się nie spostrzeżesz, kiedy znów znajdziesz się w kłopotliwej sytuacji dzięki twemu nieposkromionemu językowi. Bądźmy pewni, że wola nasza w takim wypadku nic nam nie pomoże. Gdybym ci zalecił zastosowanie w tej sytuacji silnej woli, to byłoby to podawaniem ci próżnej religii tego świata, a nie życia w Jezusie Chrystusie. Proszę bowiem nie zapomnieć, że gadatliwa osoba pozostaje nią, choćby nie otworzyła ust przez cały dzień, gdyż rządzi nią "naturalne" prawa gadulstwa, podobnie jak drzewo morelowe pozostaje drzewem morelowym, niezależnie od tego, czy w danej chwili znajdują się na nim morele, czy też nie. Ale jako chrześcijanie odkrywamy w sobie nowe prawo, prawo Ducha życia, który wszystko przenika i który już nas wyzwolił od prawa naszego gadulstwa. Jeśli, wierząc Słowu Bożemu, poddamy się temu nowemu prawu, ono nam powie, kiedy mamy przestać mówić - albo nie zacząć mówić! - i ono nam da moc do wykonania tego polecenia. Na tej podstawie możesz się potem udać do domu swoich przyjaciół na dwie lub trzy godziny, albo i na dwa lub trzy dni - i nie będziesz miał żadnej trudności. po powrocie do domu podziękujesz tylko Bogu za Jego nowe prawo życia."
Życie chrześcijańskie jest właśnie takim spontanicznym, samorzutnym życiem. Objawia się ono w miłości dla niemiłych dla takiego brata, którego z pobudek naturalnych nigdy byśmy nie lubili, a co dopiero miłowali! Działa ono na tej zasadzie, że Sam Pan ustosunkowuje się do tego brata z miłością, widząc w nim takie czy inne możliwości. "Panie, Ty widzisz, że on jest miły i Ty go miłujesz. Zechciej go miłować, Panie, teraz przeze mnie!" I miłość ta objawia się rzeczywiście w życiu - w prawdziwej szczerości i moralności charakteru. W życiu wierzących jest za dużo obłudy, za dużo aktorstwa. Nic tak nie osłabia skuteczności chrześcijańskiego świadectwa jak pretendowanie, że się jest czymś, czym się w istocie nie jest, a zwykły szary człowiek na ulicy niezawodnie w końcu nas przejrzy i dowie się kim jesteśmy, pomimo naszego maskowania się. Ale udawanie ustępuje rzeczywistości, gdy zaufamy prawu życia.
CZWARTY KROK: CHODŹCIE "WEDŁUG DUCHA"
Bo co niemożebne było Zakonowi, w czym on był słaby przez "ciało, Bóg posławszy Syna Swego w podobieństwie grzesznego ciała i z powodu grzechu, potępił grzech w ciele, aby usprawiedliwienie Zakonu wypełniło się w nas, którzy nie według ciała chodzimy, ale według Ducha" (Rzym. 8,3.4).
Każdy uważny czytelnik tych dwóch wierszy zauważy, że są tutaj przedstawione dwie rzeczy: po pierwsze, co Pan Jezus uczynił dla nas, a po drugie, co Duch Święty dokonał w nas. "Ciało" jest "słabe"; stąd przykazanie Zakonu nie może zostać wypełnione w nas "według ciała". (Proszę nie zapominać, że nie chodzi tutaj o sprawę zbawienia, lecz podobania się Bogu.) Z powodu naszej nieudolności, Bóg uczynił dwa kroki. Wkroczył Sam w celu rozprawienia się z samym jądrem naszego problemu - to było pierwsze. Posłał Syna Swego w ciele, który umarł jako ofiara za grzech, a wypełniając wolę Ojca "potępił grzech w ciele". Oznacza to, iż jako reprezentant wziął na śmierć wszystko, co przynależało do starego stworzenia w nas, co nosi nazwę "naszego starego człowieka", albo "ciało" czyli nasze cielesne "ja".
W ten sposób Bóg wymierzył cios samemu korzeniowi naszego nieszczęścia, usuwając podstawę naszej słabości. To był pierwszy krok. Niemniej pozostało do wypełnienia w nas "przykazanie Zakonu". W jaki sposób mogło ono zostać wypełniane? Wymagało ta dalszej pomocy ze strony Bożej a udzielona nam ona została dzięki zesłaniu Ducha Świętego, który zamieszkał w nas. On został w tym celu zesłany, aby zająć się wewnętrzną stroną tego zagadnienia, a maże On to uczynić wtedy, jeśli jak jest powie dziane "chodzimy według Ducha". Co to oznacza chodzić według Ducha? Po pierwsze nie jest to praca - jest to chodzenie. Chwała Bogu, że uciążliwe i bezowocne wysiłki, aby się Bogu podobać, w których byłem zaangażowany, gdy starałem się czynić to "w ciele", ustąpiły miejsca błogosławionemu i pełnemu zaufaniu "mocy Jego, która działa we mnie potężnie" (Kol. 1,29). Dla tej właśnie przyczyny Paweł przeciwstawia "uczynki" ciała "owocem" Ducha (Gal. 5,19.22). Po drugie: chodzenie według Ducha oznacza poddanie się. Chodzenie według ciała oznacza oddawanie się dyktatom ciała, a dalsze wiersze 8-go rozdziału Listu do Rzymian (8,5-8), wyraź nie nam wskazują, do czego to prowadzi. Efektem tego - konflikt z Bogiem. Chodzenie w Duchu jest natomiast poddaniem się Duchowi. Jednego nie może zrobić człowiek chodzący według Ducha - a mianowicie nie może być od Niego niezależny. Ja muszę być posłuszny Duchowi Świętemu. Do Niego musi należeć inicjatywa w moim życiu, i tylko wtedy doznam pełnego działania "zakonu Ducha życia", jeśli Mu się posłusznie poddam, a owo "przykazanie Zakonu" (to wszystko, co usiłowałem robić, aby się Bogu podobać) zostanie wtedy wypełnione - ale już nie przeze mnie, ale we mnie. "Bo którzy przez Ducha Bożego prowadzeni bywają, ci są synami Bożymi" (Rzym. 8,14). Wszystkim nam są dobrze znane słowa błogosławieństwa w 2 Koryntian 23,13: "Łaska Pana Jezusa Chrystusa, i miłość Boga, i społeczność Ducha Świętego niech będzie z wami wszystkimi". Miłość Boża jest źródłem wszelkiego błogosławieństwa duchowego; łaska Pana Jezusa udostępniła całe to duchowe bogactwo; bogactwo to zaś zostaje udzielone nam przez społeczność Ducha Świętego. Miłość jest czymś ukrytym w sercu Boga; łaska jest tą miłością wyrażoną i uczynioną dostępną w Synu; społeczność jest udzielaniem tej łaski przez Ducha Świętego. To, co Ojciec umyślił, jeśli chodzi o nas, tego Syn dokonał za nas, a obecnie Duch Święty nam to przekazuje. Gdy zatem odkryjemy coś nowego, co Pan Jezus dla nas przygotował w Swoim Krzyżu, zastosujmy się, w celu urzeczywistnienia tego w naszym życiu, do wskazówek, które Bóg nam dał, i poprzez wytrwałe poddawanie się i posłuszeństwo Duchowi Świętemu, otwórzmy Mu szeroko drogę do udzielenia nam danej cnoty. Na tym polega Jego działanie. W tym właśnie celu przyszedł - aby uczynić rzeczywistości; w nas to wszystko, co jest naszą własnością w Chrystusie.
Na polu pracy misyjnej zrobiliśmy nieraz to doświadczenie, że gdy się przyprowadza jakąś duszę do Chrystusa, to należy uczynić to bardzo starannie i dokładnie, gdyż nigdy nie wiadomo, kiedy taki człowiek otrzyma znów pomoc ze strony innych chrześcijan. Staramy się więc zawsze dobrze takiemu nowemu wierzącemu wyjaśnić, że z chwilą, kiedy poprosił Pana o przebaczenie mu grzechów i wejście do jego życia, jego serce stało się miejscem zamieszkania żywej Osoby. Święty Duch Boży mieszka obecnie w nim, aby mu pomagać w zrozumieniu Pisma Świętego - aby umiał znaleźć w nim Chrystusa, aby kierować jego modlitwami, aby sprawować kierownictwo nad jego życiem i aby kształtować w nim charakter jego Pana.
Pewnego roku, pod koniec lata, udałem się na dłuższy odpoczynek w góry, gdzie było dosyć trudno o mieszkania, tak że podczas mego pobytu tamże musiałem spać w jednym domu, a na posiłki chodzić do innego - a był to dom pewnego mechanika i jego żony. Przez pierwsze dwa tygodnie mego pobytu, poza modlitwą przed posiłkami, nic nie mówiłem moim gospodarzom o Ewangelii; aż wreszcie pewnego dnia nadarzyła się sposobność i opowiedziałem im o Panu Jezusie. Oni chętnie słuchali i przyszli do Niego w prostocie wiary, aby otrzymać odpuszczenie grzechów. Urodzili się "na nowo" i nowe światło i radość wstąpiły do ich życia, ponieważ prawdziwie się nawrócili. Starałem się wyjaśnić im jak najdokładniej to, co się stało, a następnie, jako że robiło się już chłodna, pojechałem do domu.
W czasie miesięcy zimowych człowiek ów miał zwyczaj pić wino przy posiłkach, a często czynił to aż w nadmiarze. Po moim wyjeździe, z nastaniem zimy, wino znów pojawiło się na stole, a tego dnia, stosownie do nowego swego zwyczaju, mąż skłonił głowę, aby podziękować za posiłek - ale nie mógł wydobyć ani słowa. Po jeszcze jednej, drugiej próbie, zwrócił się do swej żony: "Co jest nie w porządku?" rzekł. "Dlaczego nie mogę się dzisiaj modlić? Przynieś Biblię, zobaczymy co tam jest napisane o piciu wina." Ja zostawiłem im egzemplarz Słowa Bożego, więc żona jego szukała tu i tam, ale nie mogła znaleźć żadnej wskazówki, czy objaśnienia, gdyż nie znała jeszcze dobrze Pisma Świętego. Nie umieli jeszcze radzić się tej Księgi, i nie było żadnego sługi Bożego w tej miejscowości, a całe miesiące miały upłynąć, zanim zobaczyliby się ze mną. "Napij się twego wina jak zwykle" rzekła wreszcie jego żona, "a zwrócimy się do naszego drogiego brata w tej sprawie, gdy będziemy mieli okazję." Ale mimo wszystko człowiek ten nie mógł wprost podziękować Panu za wino. Wreszcie rzekł do żony: "Zabierz je stąd!" Gdy tylko wino zostało sprzątnięte, mogli zaraz poprosić o błogosławieństwo dla swego posiłku. Gdy po pewnym czasie człowiek ten odwiedził mnie w miejscowości, w której stale przebywałem, opowiedział mi całą historię. Oto jak Pan Sam pokierował życiem i czynami tego człowieka. Wielu z nas wie, iż Pan Jezus jest naszym życiem. Wierzymy w to, że Duch Święty mieszka w nas, lecz fakt ten ma mały wpływ na nasze zachowanie się. Zachodzi więc pytanie, czy znamy Go jako żywą Osobę, i czy znamy Go jako naszego Pana?